Tłumaczenie opowiadania Zgroza

You are currently viewing Tłumaczenie opowiadania Zgroza

Tłumaczenie opowiadania Zgroza

  • Post author:
  • Post category:portfolio

Tłumaczenie opowiadania Aleksandra Kuprina „Zgroza”

Zbliżają się andrzejki. Duchy, strachy na lachy, opowieści z dreszczykiem i nadprzyrodzone zjawiska to temat jak znalazł na jesienną porę roku. Proponuję więc uwadze czytelnika tłumaczone przeze mnie z języka rosyjskiego opowiadanie Aleksandra Kuprina „Zgroza”. Późniejsze wydanie tego opowiadania (z 1911 r.) nosiło tytuł „Diabeł”. Zgroza jednak – w moim odczuciu – lepiej oddaje sens dzieła. Ze świecą, myślę, szukać bardziej plastycznych opisów. Już się tak nie pisze – niestety. Warto jednak odkurzyć pana Kuprina. Do gorącego kubka kawki, w zimny wieczór opowiadanie grozy czytane pod kocykiem pasuje idealnie.

Jednocześnie, już tradycyjnie, przypominam się wydawcom, że jestem nowym, świeżutkim, do wzięcia tłumaczem języka rosyjskiego, i że z literaturą idzie mi niezgorzej.

Aleksander Kuprin „Zgroza”

na język polski przełożyła Izabela Zawalska

Do tłumaczenia posłużono się tekstem oryginału dostępnym na stronie https://poesias.ru

Żaden z nas czterech nie znał swoich towarzyszy podróży. Zgadaliśmy się zupełnie przypadkowo, jak tylko można się zgadać, siedząc naprzeciw siebie w wagonie w długi grudniowy wieczór. Zapach dymu idący od żelaznego piecyka, złowieszcze, ponuro-żółte, przyćmione światło dobywające się z dwóch lamp przykrytych zasłonami, męczący, jednostajny stukot kół, w takt którego kołysały się i podrygiwały cienie na suficie wagonu – wszystko to przydało naszej rozmowie  dziwny, na poły fantastyczny charakter. Wspominaliśmy przeczytane i zasłyszane opowieści o zagadkowych zjawiskach w życiu, które dały się wyjaśnić jedynie interwencją sił nadnaturalnych:  o tajemnych przeczuciach, o samobójstwach i o duchach. Zgodnie z gustami i poziomem każdego z rozmówców, i opowieści miały różny charakter. Jeden z nas, według wszelkiego prawdopodobieństwa kupiec, w niedźwiedzim futrze takich gigantycznych rozmiarów, że mogłoby okazać się za szerokie dla największego nawet niedźwiedzia, skłonny był najbardziej do opowieści w duchu religijnym. W jego historiach pojawiali się: a to świętokradcy, którzy wpadli na pomysł ograbienia nieboszczyka wystawionego w cerkwi, a to zamordowany przez zbójców mnich, który nocami żądał, by go pochowano w ziemi, a to ikona w Nowogrodzie, na której święty stopniowo rozprostowywał palce zwinięte w pięść, a kiedy je już ostatecznie wyprostuje, będzie to nieomylny znak nadchodzącego końca świata. Drugi pasażer – student medycyny pierwszego roku – straszył nas przypadkami, które miały się zdarzyć w teatrze zajęć anatomii, które to historie przechodziły wśród studentów z pokolenia na pokolenie i były z gatunku zupełnie niemożliwych. Ja także, o ile pamiętam, stworzyłem wariację któregoś z niezwykłych opowiadań Edgara Poe, przerabiając je na zdarzenie z moim dobrym znajomym. Czwarty rozmówca – jegomość w futrzanej czapie z uszami i w pledzie zarzuconym na palto – jedynie z rzadka przerywał swoje milczenie krótkimi uwagami.

Pociąg parł przed siebie. Wagon jednostajnie podrygiwał, a razem z nim podrygiwały na suficie szpetne, smętne cienie. Za oknem zdecydowanie biegł wstecz niewielki pas mętnoszarego śniegu, ledwie oświecony przez światła pociągu. Chwilami po tym pasie szybko przebiegały ponure, czarne sylwetki ogołoconych krzaków i drzew, a dalej oko tonęło w chłodnym, wstrętnym mroku, z którym zlewało się i niebo, i śnieg równiny, ale w którym dała się wyczuć buszująca śnieżyca. Nasze nerwy bezwolnie nastrajały się na  smutne i tajemnicze tony.

– Oczywiście, panowie, wszystko, co właśnie opowiedzieliście jest niezwykłe i bardzo straszne – wygłosił nagle replikę milczący dotychczas pan w pledzie i czapie z uszami.

– Tylko że wszystko to jest niewiarygodne. Który z was może ręczyć, że te przypadki rzeczywiście miały miejsce, a nie są jedynie płodem jałowej spekulacji? A ja mogę panom opowiedzieć – jeśli sobie życzycie – o jednym zdarzeniu, którego osobiście byłem uczestnikiem. Jedynie w ciągu kilku minut opanowała mnie „zgroza nadprzyrodzonego”, ale te pięć-sześć minut pozostało we mnie i wiem, że pozostaną na zawsze najważniejszym zdarzeniem mojej egzystencji, ponieważ jeden człowiek nie może dwa razy w życiu przeżyć takiej zgrozy.

Słowa tego pana bardzo nas zainteresowały, więc zaczął swoją opowieść:

– Dziesięć lat temu służyłem w urzędzie celnym i byłem nadzorcą przejścia granicznego w przygranicznej miejscowości W. Do moich obowiązków należało sprawdzanie towarów, które były przepuszczane przez granicę i wywożone do innych krajów. Przejście znajdowało się na tamie przecinającej rzekę Zbrucz. O szóstej wieczorem, w mojej obecności, stróże zamykali rogatki, i od tej chwili moja służba się kończyła. Pozostały czas mogłem spędzać wedle własnego uznania i wyrobiłem sobie nawyk spacerowania każdego wieczoru na dworzec, tak by zdążyć na przyjazd pociągu kurierskiego. Na dworcu w tym czasie zbierali się wszyscy urzędnicy celni, oficerowie straży granicznej, niekiedy nawet okoliczni drobni włościanie. Na samym dworcu było ciepło, jasno, nawet – jeśli pozwolą panowie zauważyć – całkiem komfortowo. Wielu zjawiało się ze swoimi żonami i córkami, zasiadali do kolacji w bufecie, odrobinę plotkowali, troszeńkę flirtowali, niekiedy odgrywano partyjkę w lancknechta[1] zwanego tam „diabełkiem”. O jedenastej w nocy prawie jednocześnie przybywały oba pociągi – i nasz, i austriacki. Dworzec od razu napełniał się niejednorodną publiką, rozbieganą, hałaśliwą, zatroskaną. Niekiedy granicą przejeżdżał jakiś podróżujący incognito książę koronny, i my patrząc na niego, z zadowoleniem przekonywaliśmy się, że osoby koronowane zajadają kolację z takim samym apetytem jak zwykli śmiertelnicy. Zdarzało się także, i to nawet prawie każdego dnia, że podczas kontroli była zatrzymywana duża kontrabanda, lub że jakąś elegancką damę prowadzono do garderoby na przeszukanie.

A kontrabanda w onym czasie zdarzała się często i zawsze w dużym rozmiarze. To była szczęśliwa epoka, za którą teraz tylko wzdychają siwowłosi urzędnicy w urzędach celnych i składach.

Wówczas każdy urzędnik bezwzględnie miał swój krąg klientów wśród szmuglerów.  Dziewięć razy przepuszczał zakazany towar, a za dziesiątym razem zatrzymywał według wszelkich rygorów prawa, i otrzymywał za to premię. Taka była umowa i biada temu szmuglerowi, który za dziesiątym razem przewoził tani towar lub w małych ilościach. Czego chcieć więcej – tak dobrze żyło się wówczas urzędnikom celnym, że znajdowali niedrogim zapraszanie na swoje kawalerskie kolacje śpiewaczek kabaretowych ze Lwowa, czy nawet z samego Wiednia.

Miasteczko było odległe od dworca o cztery wiorsty. Nie było w nim odpowiedniego towarzystwa, jeśli nie liczyć uriadnika [2] i czterech urzędników pocztowych, starych, nudnych i zżeranych przez hemoroidy. Nic zatem dziwnego, że ta czterowiorstowa odległość nie była mi straszna.

Pewnego razu wieczorem pod koniec listopada, zamknąwszy jak zwykle rogatkę, przebrałem się, doprowadziłem do porządku zgromadzone w ciągu dnia dokumenty i wyszedłem z domu, żeby udać się na dworzec. Prowadziły tam dwie drogi. Jedna – dłuższa – wiodła przez całe miasteczko i dalej przez przylegającą do niego wieś Frydrychówkę; druga – krótka – i właściwie nie droga, a raczej ścieżyna, przecinała na ukos ogromne, puste pole i wychodziła na wał kolejowy, skąd do dworca było o rzut kamieniem. Ja oczywiście chadzałem zawsze polem i podówczas poszedłem tą samą drogą.

Była godzina może ósma lub nawet dopiero co po dziewiątej. Wokół panowała taka ciemność, że na dziesięć kroków nie można była niczego zobaczyć. Szedłem, odgadując drogę omackiem nogami. W miejscu gdzie szła ścieżynka śnieg był mocniej ubity i wydawał pod obcasami lekki dźwięk. Obok ścieżynki ciągnęły się rzędem słupy telegraficzne. Wiatr dzwonił żałośnie wśród oblodzonych przewodów, a same słupy wydawały nieustający, brzęczący, monotonny dźwięk. Za każdym razem, podchodząc do słupa, ale jeszcze nie widząc go w mroku, już słyszałem to brzęczenie.

Zaczęła się zawierucha. Prosto w oczy, oślepiając je, wiał kolący, drobny, suchy śnieg. Serce miałem niespokojne. Opanowało mnie dziwne, nieprzyjemne i skomplikowane uczucie, które zawsze ogarnia mnie, kiedy przechodzę przez rozległą, otwartą przestrzeń: pola, place miejskie czy nawet długie sale. Wydawało mi się, że jestem koszmarnie malutki i nic nieznaczący, a rozpościerające się przede mną pole tak strasznie wielkie, że nigdy nie będę w stanie go pokonać. I od tej myśli przez moment poczułem, że to całe pole pode mną wiruje.

Niekiedy oglądałem się za siebie i patrzyłem na słabo migające w oddali światełka miasteczka. Od ich widoku robiło mi się lżej i podtrzymywało mnie to na duchu. W końcu i światełka nagle zniknęły, kiedy zszedłem na długą, płaską równinę. Wokół mnie była tylko mętna, biaława mgła.

Tego miejsca zawsze się instynktownie bałem. Dlaczego?– sam bym nie mógł wyjaśnić. Za każdym razem, przechodząc tą doliną, czułem, jak ogarnia mnie niezrozumiały strach i – by zacytować Homera – zaledwie ze mnie dusza nie wychodzi z przestrachu[3]. I o dziwo! Zamiast się uspokajać, ja z jakichś powodów jeszcze bardziej drażniłem swoją wyobraźnię  wspomnieniami przeróżnych koszmarów. Potem dowiedziałem się, że wielu nerwowych ludzi, jeśli nie wszyscy, mają takie miejsca, które wzbudzają w nich niewyjaśnioną bojaźń.

Jak już mówiłem, wokół mnie była tylko ciemność i śnieżyca… Nagle, wprost naprzeciw mnie, w znacznym – jak mi się wydawało –  oddaleniu zauważyłem dużą, ciemną, nieruchomą plamę… Zatrzymałem się i odrobinę wstrzymałem oddech, żeby lepiej się przysłuchać. Wszystko było cicho; tylko śnieżynki słabo stukały o moją twarz, a i serce w mojej piersi biło tak głośno, że – zdało się – usłyszeć je było można na drugim końcu pola.

Ciemny przedmiot nie poruszał się. Zrobiłem pięć kroków naprzód i właśnie wtedy przekonałem się, że ciemność i śnieżyca wprowadziły mnie w błąd odnośnie odległości. Bardzo blisko ode mnie na śniegu nieruchomo siedział człowiek, oparłszy się plecami o słup telegraficzny.

Był ubrany w futro zupełnie rozpięte i odsłaniające odkrytą pierś. Nie miał wcale czapki. Siedział równo ze słupem, wyprostowany, wyciągając przed siebie złożone razem nogi, z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, tak, że nadgarstki tonęły w śniegu. Głowa była lekko odchylona do  tyłu.

– Kim pan jest? – zapytałem obcego mężczyzny.

Głos mój był słaby, jak szept, bojaźliwy i brzmiał jakby z oddali. Tak niekiedy przed stratą przytomności brzmią głosy znajdujących się w pobliżu osób.

On milczał.

– Kim pan jest? – powtórzyłem pytanie.

Ani jednego dźwięku.

„Pewnie zamarzł lub go zabili” – pomyślałem. I ta myśl jakby mnie uspokoiła.

Strach ściągający skórę na mojej czaszce i przebiegający mroźnymi falami po moich plecach ustąpił na moment innemu uczuciu – uświadomieniu sobie konieczności udzielenia pomocy bliźniemu.

Podszedłem do nieznajomego w futrze i przyjrzałem mu się. Miał pociągłą, chudą twarz z wąskimi wargami, z długim, garbatym nosem; kozia bródka i brwi wygięte w ostre łuki dopełniały tą dziwną, jakby naśmiewającą się twarz, twarz inteligentnego starca. Był żywy, bo jego oczy śledziły moje ruchy. Strach znów mną zawładnął, i zęby zaczęły mi głośno stukać.

– Kim pan jest? – zapytałem po raz trzeci zdławionym głosem, czując, jak w moim gardle tworzy się jakaś sucha, koląca gruda. Nerwy miałem strasznie naprężone i wyostrzone. Zauważyłem, że na śniegu, wokół siedzącego człowieka, nie ma słownie żadnych śladów.

On milczał i patrzył na mnie. I ja patrzyłem na niego, nie odwracając wzroku. Już nie mogłem spuścić z niego oczu. Zgroza – niemożliwa, niedająca się wyrazić słowami, nieludzka zgroza oblepiła mój mózg, moją krew, moje ciało. Palce moich rąk i nóg ogarnęły drgawki.

Patrzyłem na niego, nie mając sił, żeby się odwrócić. Minęło… nawet nie wiem, ile minęło sekund, minut… może nawet godzin. Czas się zatrzymał. I nagle (głos mężczyzny opowiadającego historię wzniósł się i zadźwięczał)… obcy o chudym i prześmiewczym wyglądzie mrugnął do mnie lewym okiem. W ślad za tym jego twarz wykrzywił bezkształtny grymas, tworząc jakieś głupie połączenie cynicznego śmiechu i przestrachu.

W tejże sekundzie poczułem, że i na mojej twarzy odbił się ten potworny grymas.

– Jesteś diabłem! Tym właśnie jesteś! – krzyknąłem i w otępieniu złości i zgrozy z całych sił uderzyłem nieznajomego nogą w twarz.

On upadł jak padają martwi – ciężko, i nie zginając się. Ja rzuciłem się do ucieczki. Ale nogi się mnie nie słuchały – stały się jakby z ołowiu i z trudem nimi poruszałem. Padałem, wstawałem i padałem znowu. Tylko we śnie niekiedy doznawałem wcześniej podobnego uczucia, kiedy się śni, że chcesz uciekać przed nieznanym wrogiem, ale nogi się nie podnoszą, jakby przywiązano do nich pudowe ciężary…

Jednocześnie (to mi powiedziano już później) krzyczałem bez ustanku jedno i to samo słowo:

– Diabeł! Diabeł! Diabeł!

Potem świadomość mnie opuściła. Ocknąłem się w domu, we własnym łóżku, po ciężkiej chorobie.

Pan w czapie z uszami zamilknął.

– Kto to siedział na śniegu? – zapytał student, przysłuchując się opowieści z uwagą.

– Potem wszystko się wyjaśniło – odpowiedział mężczyzna w czapie. – Okazało się, że jakiś austriacki kupiec szedł, tak jak i ja, z przejścia granicznego na dworzec, ale po drodze zdjął go paraliż. Jakoś resztką sił doczołgał się do słupa i siedział jakąś godzinę, a jeszcze w dodatku poodmrażał się tak, że nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą. Jego później znaleźli dziesięć kroków ode mnie. Obaj padliśmy bez zmysłów.

– Więc tak, panowie, – zakończył opowieść mężczyzna w czapie z uszami – takiej właśnie doznałem zgrozy. Nie dam rady przekazać nawet setnej części moich ówczesnych przeżyć, ale ich najlepszym dowodem posłuży moja głowa.

Podniósł czapę. Jego włosy były białe jak śnieg.

– W ciągu jednej nocy posiwiałem – dodał z ponurym uśmiechem.

1896 r.


[1] Popularna w XIX w. hazardowa gra karciana, przypis tłumacza.

[2] Stopień wojskowy w wojskach kozackich w czasach Carskiej Rosji, przypis tłumacza.

[3] Do tłumaczenia wykorzystano cytat z „Iliady” Homera w przekładzie Franciszka Ksawerego Dmochowskiego.

Ilustracje stworzono z pomocą ChatGPT.