Tłumaczenie opowiadania Kaktus

You are currently viewing Tłumaczenie opowiadania Kaktus

Tłumaczenie opowiadania Kaktus

Tłumaczenie opowiadania

Jako początkujący tłumacz-freelancer, który tłumaczył dotychczas wyłącznie na etacie dla pracodawcy, borykam się z brakiem portfolio. Korzystając z porad newsletterowych by Łukasz Mrzygłód, które szczerze polecam początkującym freelancerom (inspirujące, przydatne, darmowe), postanowiłam zaproponować tłumaczenie dzieła literackiego z przeszłości. W ten sposób buduję rzeczone portfolio. Wybór utworu opublikowanego w 1881 r. podyktowany jest „moratorium” na prawa autorskie po 70 latach od śmierci twórcy. Ponadto polskiego tłumaczenia nie znalazłam w odmętach internetu, co może sprawić, że moje wysiłki staną się wartość dodaną dla polskiej humanistyki (Ha! Zabrzmiało dumnie). Oczywiście przy założeniu, że gdzieś w zakamarkach biblioteki nie kurzy się kongenijalny (czyli taki superowy) przekład „Kaktusa”, a ja się nie ośmieszam swoimi próbami i nie wystawiam na światło dzienne swojej ignorancji, nie wiedząc o jego istnieniu.

Mimo swej leciwości opowiadanie Afanasija Feta nie traci na aktualności. Jest piękne. Jest też bez dwóch zdań wyzwaniem lingwistycznym – złożone zdania, wyszukane porównania, archaiczne słownictwo, cytaty z poezji i folkloru śpiewanego. Jednak jego przekaz jest niezwykle aktualny – wszystko przemija, życie jest ulotną chwilą, kolorów tej chwili nadają uczucia i muzyka, której twórczość Feta jest pełna. Po trosze wróciłam do swoich literaturoznawczych korzeni i muszę przyznać, że tłumaczenie tego dzieła sprawiło mi sporo radości i satysfakcji. Mam nadzieję, że będzie Wam się przyjemnie czytało.

APEL DO WYDAWCÓW: Wydawcy, jeśli jesteście pod wrażeniem moich zdolności do tłumaczenia literatury pięknej, oferty zleceń przesyłajcie przez KONTAKT! 😉

Ilustracja do utworu Afanasija Feta Kaktus w tłumaczeniu Izy Zawalskiej.

Afanasij Fet „Kaktus”

na język polski przełożyła Izabela Zawalska

Do tłumaczenia posłużono się tekstem oryginału dostępnym na stronie http://az.lib.ru/f/fet_a_a/text_0040.shtml

Mimo jasnego lipcowego dnia i zapachu siana ze skoszonej łąki, przyjmując chininę, bałem się spożywać obiad w ogrodzie kwiatowym, więc stół nakryto w salonie. Oprócz trojga członków niewielkiej rodziny, za stołem siedział mój młody przyjaciel Iwanow, namiętny miłośnik kwiatów i roślin, oraz gość rodziny – bardzo młoda kobieta.

Jeszcze rankiem, przechodząc przez pokój do gry w bilard, zauważyłem, że pojedynczy pączek białego kaktusa (cactus grandiflora), który kwitnie raz do roku, lada chwila zakwitnie.

– Dzisiaj o szóstej wieczorem – powiedziałem domownikom – nasz kaktus zacznie się otwierać. Jeśli chcemy obserwować jego kwitnienie, które skończy się po północy przekwitnięciem, to trzeba go przenieść do salonu.

Pod koniec obiadu zegar zaczął dźwięcznie wybijać szóstą i, jak gdyby wtórując drganiom dzwoneczka, złociste końce zewnętrznych płatków pączka także drgnęły, zwracając naszą uwagę.

– O jak państwo dobrze zrobili, – ściszając głos, jakby bojąc się przestraszyć rozwijający się kwiat, powiedział Iwanow – że się mnie posłuchali i zabrali biednego Indianina z dala od rąk sadownika. On by i jego przelał, jak przelał jego starego ojca. Nie może pogodzić się z myślą, że roślina jest w stanie żyć bez obfitego podlewania.

Dopóki pili kawę złociste płatki rozłożyły się na tyle, że pozwalały dostrzec pośrodku wieńca dolny skrawek białośnieżnej tuniki, jak gdyby utkanej rękami wróżki dla swej królowej.

– Słusznie, on się całkiem rozwinie pewnie jeszcze nieprędko? – zapytała młoda dziewczyna, nie zwracając się z tym pytaniem do nikogo konkretnego.

– Tak, raczej nie wcześniej niż o siódmej – odpowiedziałem.

– To znaczy, że zdążę jeszcze pobrzdąkać na fortepianie – dodała dziewczyna i udała się do pokoju gościnnego zasiąść do instrumentu.

– Chociaż już wkrótce zachód, słońce mimo wszystko jest przeszkodą dla kwiatu kaktusa – zauważył Iwanow. – Proszę pozwolić, że mu pomogę – dodał, zaciągając białą zasłonę w oknie, obok którego stała roślina.

Wkrótce zabrzmiały cygańskie melodie, które sprawują nade mną bezgraniczną władzę. Uwaga wszystkich skierowana była na kaktusa. Jego złociste płatki, podrygując to tu, to tam, zaczynały przypominać promienie, w centrum których biała tunika rozwijała coraz szerzej swoje fałdy. W pokoju zdało się odczuć zapach wanilii. Kaktus niepodzielnie rządził naszą uwagą, jakby zmuszając nas do udziału w swojej milczącej ceremonii; a cygańskie melodie kapryśnymi wzlotami wbijały się w naszą ciszę.

Boże! Przez głowę przeleciała mi myśl, jakież to męczące pragnienie bezinteresownego oddania, bezgranicznej pieszczoty można usłyszeć w tych tęsknych melodiach. Tęsknota jest w ogóle uczuciem męczącym: czemuż właśnie ta tęsknota tchnie takim szczęściem? Te dźwięki nie przynoszą ani wyobrażeń, ani pojęć; na ich trzepotliwych skrzydłach niosą się żywe idee. A co, prawdę powiedziawszy, dają nam nasze wyobrażenia i pojęcia? Jedną wrogą pogoń za nieuchwytną prawdą. Czyż najtwardsze astronomiczne pojęcie o niezmienności księżycowej średnicy może zmusić mnie, bym nie dostrzegał, że Księżyc rozrasta się na wschodzie? Czyż filozofia, przekonując mnie, że świat to tylko zło, albo tylko dobro, lub też ani jedno, ani drugie, ma władzę, by zmusić mnie nie wzdrygać się przed dotykiem nieszkodliwego, lecz odrażającego owada czy gada, albo nie słyszeć tych wabiących dźwięków i tego delikatnego aromatu? Kto pragnie prawdy, niechaj jej szuka u artystów. Poeta mówi:

W uszanowaniu bogobojnym

W obliczu piękna jej świątyni.[1]

Inny wypowiada się podobnymi słowy:

Nie kończąc modlitwy,

Na dźwięk ten odpowiem,

Porzucę szał bitwy,

By ku niemu pobiec.[2]

Przynajmniej w latach czterdziestych w to wierzyli. Ta wiara była powszechnym osiągnięciem. Poeta wówczas nie mógł mówić nic innego, i Cyganie nie mogli iść tą drogą, na którą weszli obecnie. A wierzyli w piękno i dlatego też je znali. Ale przecież piękno – rzecz wieczna. Jego poczucie to nasza cecha wrodzona.

Cygańskie melodie ucichły, przykrywa fortepianu cichutko stuknęła.

– Sofio Pietrowno – zawołał Iwanow młodą dziewczynę. – Pani zakończyła akurat na czas. Kaktus przeżywa swoją apoteozę. Niech pani tu przyjdzie, bo zobaczy to pani nieczęsto.

Dziewczyna podeszła i stanęła obok Iwanowa, który przysiadł naprzeciwko kaktusa na krześle, żeby lepiej przyjrzeć się urodzie kwiatu.

– Niech pani popatrzy, co za przepych tkanin! Jaka dziewicza czystość i świeżość! A te pręciki? To papieskie kropidło, którego końce są nasączone złotym roztworem. Teraz proszę spojrzeć tam, w głąb tajemniczego naczynia. Oko nie rozróżnia końca tej ni to jasno-niebieskiej, ni to jasno-zielonej groty. Przecież to cudowna, wodna Lazurowa Grota wyspy Capri. Chcesz czy nie chcesz, wierzysz w średniowieczne wróżki. Ta cudowna pieczara jest stworzona dla nich!

– Bardzo podobne do słonecznika – powiedziała dziewczyna i odeszła do naszego stolika.

– Co też pani opowiada, Sofio Pietrowno! – z przerażeniem wykrzyknął Iwanow. – W czym pani znajduje podobieństwo? Co najwyżej w tym, że jedno i drugie to rośliny. No może jeszcze, że i jedno, i drugie okalają żółte płatki. Ale nawet w nich brak podobieństwa aż krzyczy. Słonecznik ma je krótkie, eliptyczne i miękkie, a tutaj, widzi pani, jaka powstała promienista gwiazda, niby wykuta ze złota. A sam kwiat! Przecież to świątynia miłości!

– A co to, pana zdaniem, jest miłość? – zapytała dziewczyna.

– Rozumiem – odpowiedział Iwanow. – Widziałem na pani stoliku książki filozoficzne lub przynajmniej pretendujące do tego miana.  I teraz pani mnie egzaminuje. Nie ograniczając się żadnymi w świecie książkami powiem pani: miłość to najbardziej mimowolna, i dlatego też najbardziej szczera i szeroka skala siły życiowej jednostki, zaczynając od pani i na tym wspaniałym kaktusie kończąc. On także jest na tej skali.

– Niechże pan mówi jaśniej, ja pana nie rozumiem.

– Proszę nie kaprysić. Co by powiedział pani nauczyciel muzyki, usłyszawszy te słowa? Być może chce pani powiedzieć, że moja definicja mówi więcej o cechach rzeczy, a nie o jej istocie. Ale ja nie jestem mistrzem definicji, choć wiem, że bywają one w dwóch gatunkach – negatywne, które właściwie niczego nie mówią, i pozytywne, ale na tyle ogólne, że jeśli nawet coś mówią, to zupełnie nieciekawie. Niechże mi pani pozwoli tym razem zostać przy swoim, chociaż jednostronnym, ale za to wyrażającym moje zdanie…

– Przecież pan chce – wtrąciła się dziewczyna –  wyjaśnić mi, co to takiego miłość, i przywołuje pan termin muzyczny, nie mający, moim zdaniem, nic wspólnego z wyjaśnianym pojęciem.

Ja nie wytrzymałem.

– Niech mi państwo pozwolą – powiedziałem – wystąpić w obronie mojego przyjaciela. Zupełnie niepotrzebnie pani prowadzi taką ostrą linię między uczuciem miłości i wyczuciem estetycznym, jak chociażby muzycznym. Jeżeli sztuce w ogóle jest blisko do miłości (erosa), to muzyka, jako najbardziej spośród sztuk bezpośrednia, jest jej najbliższa. Mógłbym podać siebie za przykład. Teraz, kiedy pani wygrywała moje ulubione cygańskie melodie, byłem pod podwójnym wrażeniem muzyki i kwiatu, głodny miłości, przeniosłem się w lata swojej młodości, do dni poezji i miłości.  Ale żeby jeszcze bardziej unaocznić prawdę zawartą w słowach mojego przyjaciela, gotów jestem opowiedzieć krótką historię, jeśli państwu starczy cierpliwości, by mnie wysłuchać.

– No wystarczy już, wystarczy. Niech pan będzie tak łaskaw i opowie – pośpiesznie wtrąciła dziewczyna, przysiadając się do stołu ze swoją robótką.

– Dokładnie 25 lat temu służyłem w gwardii i spędzałem wakacje w Moskwie, na Basmannej. Tam też spotkałem się ze starym towarzyszem dzieciństwa Apollonem Grigorjewem. Nikt nie mógł znać Grigorjewa lepiej ode mnie, gdyż znaliśmy się prawie od kołyski. Był to osobnik wysoce utalentowany, szczerze oddany temu, co w danej chwili uważał za prawdę, i artystycznie wyczulony. Ale niestety nie był on, by się posłużyć wyrażeniem Dumasa syna jednym z ludzi, którzy wiedzą (des hommes qui savent) w sensie moralnym.  Pozostając wiecznie w poszukiwaniach nowości we wszystkim, ciągle zmieniał poglądy. Niektórzy nazywają to rozwojem, zapominając słów Salomona, że to już było przed nami. Przynajmniej był na tyle mądry, by nie biadać nad tym, że na żadnym polu nie może zapuścić korzeni, i mawiał, że nie jest mu sądzone prosperować. W okresie, o którym mówię był słowianofilem i nosił nie znany wśród ludu kostium woźnicy. Bez względu na palący upał, on prawie codziennie pojawiał się u mnie na Basmannej ze swojego ojcowskiego domu na Poljance. Ten ogromny dystans za każdym razem pokonywał pieszo i w dodatku z gitarą w ręku. Od młodości uczył się muzyki u Filda i dobrze grał na fortepianie, ale – zapaławszy namiętnością do cygańskich melodii – zamienił fortepian na gitarę, przy dźwiękach której słabym i drżącym głosem śpiewał cygańskie pieśni. Pod wieczór na herbacie nierzadko zbierało się u mnie dwóch, trzech przyjaciół-entuzjastów i wywiązywała się ożywiona dyskusja. Wchodził Apollon z gitarą i zasiadał przy nieustannie gotowym do użycia samowarze. Bez względu na lichy głosik, zapewniał swoją szczerością i mistrzostwem swojej pieśni rzeczywistą przyjemność. On właściwie to nie śpiewał, a jakby zaznaczał linią przerywaną kontury muzyczne utworu.

– Apollonie Aleksandrowiczu, niech pan coś zaśpiewa!

– Racja, zaśpiewaj! – i on nie dawał się prosić. Śpiewał po całych wieczorach, od czasu do czasu odświeżając się nową szklanką herbaty, a potem, nierzadko około północy, piechotą zabierał do domu swoją gitarę. Miał bardzo różnorodny repertuar, ale jego najulubieńszą pieśnią była węgierka, przeplatana refrenem:

Czibirjak, czibirjak, czibirjaszeńka,

Z niebieskimi ty oczami, moja duszeńka!

Rozumiem, czemu ta pieśń przypadła mu do gustu. Powstający w niej powiew sceptycyzmu nie mógł zgasić płomiennej miłości, piękna i prawdy. W tej węgierce przez komicznie-taneczną formę przebijała się tęskna wściekłość zaginionego szczęścia. Szczególnym odcieniem wyróżniał on wiersz:

Pod górą tą olcha,

Na górze tej wiśnia;

Kochał pan cyganeczkę, –

Ona za mąż wyszła.

Pewnego razu wieczorem, siedząc ze mną sam na sam za stołem do herbaty, zapuścił się w estetyczne ogólne zawiłości i pochwały cyganów w szczególności.

– Tak – powiedziałem. – Cygańskich pieśni nikt nie zaśpiewa, tak jak oni.

– A dlaczego? – podchwycił Grigorjew. – Bo oni są wrodzonymi, z krwi, a nie wymusztrowanymi muzykami.  A sytuacja ich primadonn często ułatwia sprawę. Miłość dla pieśniarza to jest dopiero muzyka. Ach, bracie! – wykrzyknął nagle, wycierając czoło pstrą chustą. – Trzeba ci pokazać cudo. Ty wiesz, ja się często zapuszczam na Gruzińską do chóru Iwana Wasiljewa. On jest moim przyjacielem i wspaniałym człowiekiem. Mają oni tam cyganeczkę Stieszę. Ty jej nie znasz? Na zauważyłeś?

– Gdzież miałem ją zauważyć? Ja prawie nigdzie nie bywam.

– No, to koniecznie musisz zobaczyć.  Po pierwsze, ona jest cudowna. Jakie oczy i rzęsy, no i – znam ja twoją słabość do włosów – jakie włosy? Ale tego mało. Trzeba żebyś jej wysłuchał w cztery oczy. Biedulka jest zakochana w jednym huzarze. Ja go widziałem. Rzeczywiście elegancik, kanalia. A ty wiesz jak chór zazdrośnie strzeże swoich primadonn. Tutaj, bracie, roztaczając idyllę kobiety nie weźmiesz. Wykupuj! – a na to nie ma chętnych. Ja to nie wiem, jakimi drogami się tam spotykali. Ale, widać, sprawa jeszcze gorąca, a dziewczyna się pogrążyła.

Ilustracja Cyganki do utworu A. Feta "Kaktus". Tłumaczenie Izy Zawalskiej.

Po obiedzie chór rozchodzi się na odpoczynek, a ona bierze gitarę i siedzi przy okienku, jakby kogo oczekiwała. Zaśpiewa i łzy strumieniem płyną. Nierzadko Iwan Wasiljew podchodzi i jej półgłosem wtóruje. Chyba żal mu jej, albo zbyt zawzięcie ona śpiewa, tylko spojrzysz, a on już obok. Jakby cię tam podprowadzić, wiedziałbyś, jak się śpiewa. Poezja – ot co! Ale po co będziemy odkładać, ja jutro do ciebie przyjdę o dwunastej, a o pierwszej pojedziemy. Bo przecież brać wasza – kawalerzystów – to mizerni piechurzy.

– Ale jakże ja, szacowny przyjacielu, się wpasuję? Przecież ona nie zechce śpiewać przy mnie.

– No ja to jakoś załatwię. Jedziemy, czy nie?

– Dobrze, przyjeżdżaj jutro.

Na drugi dzień chciałem byłem ja wydać polecenie, by zaprzęgnięto moją lekką karetkę, ale pomyślałem: Grigorjew bez gitary nie przyjdzie. Przekonywać go – sprawa daremna. A dokąd ja w mundurze pojadę przez całą Moskwę z jakimś ni to woźnicą, ni to torbanistą[3], co pomyśli plac-adiutant[4]? Poleciłem więc wynająć powóz. O dwunastej wszedł Grigorjew z gitarą, w kaftanie, w plisowanych spodniach włożonych do butów, słowem, w całej swej krasie.

– A czemu jesteśmy w powozie? – zapytał.

Wytłumaczyłem się bólem zęba, przez który, żeby w złą godzinę nie wypowiedzieć, nie cierpiałem ani raz za całe swoje życie. Jednak on się domyślił, i zaczęły się przepychanki.

Mimo to dojechaliśmy do Gruzińskiej i porzuciliśmy powóz w  pobliżu Cyganów. Grigorjew szybko ruszył dzwonić do drzwi, a ja zdążyłem akurat, gdy  otwierali.

W przedpokoju dało się słyszeć brzęczenie gitary i dwa głosy.

– To ona – szepnął Grigorjew i wszedł do sali. Ja za nim.

– Witaj Stieszo! – powiedział, wyciągając rękę do siedzącej przy oknie dziewczyny z gitarą. – Witaj, Iwanie Wasiljewiczu! Kontynuujcie, ja wam nie przeszkadzam.

Ale dziewczyna, odpowiedziawszy na jego uścisk dłoni, rzuciła podejrzliwe spojrzenie w moją stronę i, położywszy gitarę na stole, szybko podeszła do drzwi prowadzących do wewnętrznych pokoi. Grigorjew tak samo szybko stanął jej na drodze i złapał ją za rękaw.

– Dokąd to pani? Co za bzdury? Nie chce pani śpiewać, niech nie śpiewa.  Po co z siebie dziką ptaszynę robić? Dla kogo? Iwanie Wasiljewiczu, niechże ją pan przekona, by z nami posiedziała! Ja przyszedłem ją, drogą mi, odwiedzić, a ona precz ucieka. No niechże pani siądzie, usiądźże moja droga, – mówił, prowadząc ją na dotychczasowe miejsce. Zaczęła się rozmowa o różnych stosunkach rodzinnych członków chóru, w toku której Grigorjew, między słowami, z założonym sordino wygrywał różne motywy. W ciągu całej tej sceny ja, żeby ukryć swoje zakłopotanie, uważnie wpatrywałem się w okno na zaprzęg stojący po drugiej stronie ulicy, jakbym zamierzał go kupić.

– Proszę usiąść – powiedział, zbliżywszy się do mnie Iwan Wasiljew. Usiadłem.

– Ty się nim nie przejmuj – powiedział Grigorjew – on mi jak brat, ale nie po naszej muzykalnej działce. Jego rzecz – konie. On, póki my gadamy, niech sobie posiedzi i zapali.

Machnąłem rozpaczliwie ręką i znów obróciłem głowę do okna, żeby studiować woźnicę. W międzyczasie Grigorjew przygrywał coraz głośniej i głośniej, zaczął też podśpiewywać. Pomaleńku sam wpadał w pasję, a kiedy doszedł do swojej ulubionej:

Pod górą tą olcha,

Na górze tej wiśnia;

Kochał pan cyganeczkę, –

Ona za mąż wyszła –

stało się jasne, że zapomniał o celu naszej wizyty i do tego stopnia zapalił się śpiewem, że mimowolnie pociągnął za sobą innych. Kiedy wyraziście zaśpiewał:

Do wsi pięknie pognała.

Ech – pognała,

Moja droga –

już mu wtórował aksamitny baryton Iwana Wasiljewa. Wkrótce, najpierw słabo, a potem śmielej zaczął przechodzić w śpiew srebrzysty sopran Stieszy.

– Ech, boże! Co ja wam tu przeszkadzam – wykrzyknął Grigorjew. – Ja tak nawet nie zagram, co dopiero zaśpiewać. Gołąbeczko Stieszo, niech pani coś zaśpiewa – dodał podając jej gitarę.

Ona już bez sprzeciwów zaśpiewała, wspierana od czasu do czasu przez Iwana Wasiljewa. Z lekka odchyliwszy swoją oryginalną, po dziecięcemu zamyśloną głowę na rzeczywiście ciężki warkocz w odcieniu kruczego skrzydła, cała pogrążyła się w swoich pieśniach. Przekonany, że teraz nie zwróci na mnie najmniejszej nawet uwagi, przysunąłem swoje krzesło na tyle, żebym mógł zobaczyć ją prawie z profilu, podczas gdy dotychczas mogłem podziwiać tylko tył jej głowy. Kiedy zaśpiewała:

Wspomnij, wspomnij, mój ukochany,

Naszą dawną miłość –

prawie zauważalna łezka zamigotała na jej ciemnej rzęsie. Ile rozkoszy, ile smutku i piękna było w jej pieśni! I nagle wzięła kilka akordów i zaśpiewała pieśń, którą ja jedynie w czasach swojej pierwszej młodości słyszałem byłem u moskiewskich Cyganów, ponieważ współcześni nie podejmowali się jej wykonania. Pieśń ta, nie znosiła poślednich śpiewaczek, znana jako:

„Czy słyszysz, czy rozumiesz”.

Stiesza nie tylko zaśpiewała ją po mistrzowsku, ale i rozłożyła wiersze tak, że dopiero wtedy sama pieśń stała się dla mnie zrozumiała, jako wysoki przykład z poezji ludowej. A śpiewała tak:

Ach ty łotrze, ty łotrze,

Dobry młodzieńcze.

Czy to w moim sadzie

Słowik śpiewa,

Głośno ćwierka.

Czy słyszysz,

Mój drogi przyjacielu?

Czy rozumiesz,

Życie, duszo moja?

Pieśń była pełna wszelakich przejść, rządzonych przez chwilowe natchnienia. Ja pożądliwie spoglądałem na jej twarz odzwierciedlającą całą ogarniającą ją namiętność. Przy ostatnich wierszach łzy strumieniem popłynęły jej po policzku. Nie wytrzymałem, zeskoczyłem z krzesła i wykrzyczałem: brawo! brawo! I w tej samej chwili ona się opamiętała. Ale było za późno. Stiesza, jak wystraszona ptaszyna, wyfrunęła.

– I co pani na to powie, sceptyczna dziewczyno? Czyż ta Stiesza nie kochała? Czyż ona mogłaby tak śpiewać, nie kochając? Wygląda na to, że miłość i muzyka nie są tak dalekie od siebie, jak raczyła była pani twierdzić?

– Tak, oczywiście, w pewnych znanych wypadkach.

– O sceptyczny duchu zaprzeczania! A przecież wszystko na świecie, nawet zjawiska chemiczne, zachodzą tylko w pewnych znanych wypadkach. Jednak pani tu z nami rozprawia po próżnicy a przecież wstaje pani wcześnie. Czy nie pora udać się na spoczynek?

Kiedyśmy się zaczęli rozchodzić, kaktus nawet przy lampie wciąż jeszcze lśnił w całej swojej krasie, roznosząc słodkawy zapach wanilii.

Iwanow jeszcze raz przysiadł do niego, by nacieszyć się jego widokiem, nawdychać zapachu, i nagle zwracając się do mnie, powiedział:

– Wie pan co, myślę, czy by go nie ściąć takiego i nie wstawić do wody? Może wtedy dożyje do poranka?

– To nie pomoże – powiedziałem.

– Przecież i tak czeka go śmierć. Czy tak, czy siak.

– Rzeczywiście.

Kwiat został ścięty i wstawiony do szklanki z wodą. Myśmy się pożegnali. Kiedy rankiem zebraliśmy się przy kawie, na brzegu szklanki bez ducha leżał trup wczorajszej piękności – kaktusa.

1881 r.


[1] Aleksander Puszkin: „Piękna”, przeł. Mieczysław Jastrun.

[2] Aleksander Puszkin: „Jest mowy, znaczenie”, tłum. własne. Jeśli nie zaznaczono inaczej wszystkie tłumaczenia poezji z języka rosyjskiego – Izabela Zawalska.

[3] Instrumentalista grający na torbanie – ludowym ukraińskim instrumencie strunowym. Przypis tłumacza.

[4] Historyczna nazwa funkcji pomocniczej oficera przy komendancie w wojsku carskim. Przypis tłumacza.

Ilustracje stworzono z pomocą ChatGPT.